Przebiegł trzy kontynenty. Zdarł piętnaście par butów i zniszczył siedem wózków.
Przebiegł trzy kontynenty. Zdarł piętnaście par butów i zniszczył siedem wózków. Piotr Kuryło wyprawił się dookoła Ziemi po to, aby pokój zapanował na świecie.Kilka dni temu maratończyk wrócił do domu. O czym marzy? –
Żeby usiąść w fotelu, obejrzeć jakiś serial i... być grubym – żartuje. I
dodaje, że była to jego ostatnia wyprawa. Obiecał to rodzinie, kiedy
rok temu wyprawiał się dookoła świata. I chce dotrzymać słowa.
Piotr
Kuryło ma 39 lat. Wychował się i mieszka we wsi Pruska Wielka, niedaleko
Augustowa. Ma żonę i dwie córki – 15-letnią Ewę i o rok starszą Iwonę.
Bieganie,
to jego pasja. Ma ją od dawna, właściwie od dziecka. Skąd się to
wzięło? Często urządzali wyścigi z bratem bliźniakiem i ojcem. Ścigali
się wracając z pola do domu.
– Biegałem też po wsi, dla zdrowia – dodaje maratończyk. – Miejscowi pukali się w czoła. A przecież bieg, to król sportów.
Pobiegł dla pokoju
Dziś
ma na swoim koncie wiele wypraw. Wszystkie w słusznej sprawie. Cztery
lata temu na przykład biegł, aby zachęcić ludzi do zdrowego trybu życia.
Później wyruszył w trasę w intencji bezpieczeństwa na drogach. Chciał,
aby drogowcy załatali wszystkie dziury w asfalcie, a kierowcy jeździli
uważniej. Dlatego przebiegł kraj wzdłuż i wszerz.
– Ludzie kręcili głowami, gdy pod Gdańskiem pytałem o drogę do Zakopanego – wspomina.
Do
Grecji pobiegł okrężną drogą, aby zobaczyć Watykan i cmentarz żołnierzy
poległych w bitwie pod Monte Cassino. Po drodze modlił się o zdrowie i
opamiętanie. Chodziło mu to, aby ludzie przestali gonić za pieniędzmi.
Zatrzymali się, dostrzegli swoich bliskich. W ciągu sześciu tygodni
przebiegł ponad cztery tysiące kilometrów.
Wybrał się też trasą
sanktuariów maryjnych. Przywiózł stamtąd wodę, która ma uzdrawiającą
moc. Chciał, by taką samą miała ta, ze studni w Studzienicznej. Żeby
chorzy nie musieli szukać jej po świecie.
W ubiegłym roku postanowił zrobić coś więcej. Coś, o czym marzył od dziecka.
– Zawsze chciałem, żeby na świecie zapanował pokój – opowiada.
Ale marzyć, czy mówić to za mało. Postanowił więc działać. Wymyślił, że najlepiej będzie, jeśli obiegnie kulę ziemską.
–
Kiedy powiedziałem mamie, że polecę dookoła świata wzruszyła ramionami:
Piotrusiu, to ty nie wiesz, że tylko Bóg może okrążyć Ziemię. Więc
wziąłem go ze sobą.
Bo Piotr Kuryło jest człowiekiem wierzącym i
to nie tylko na pokaz. Często biega z różańcem w ręku. Jak mówi, taka
wyprawa, to dobry czas na modlitwę i przemyślenia.
Ledwo uszedł z życiem
Wyruszył
w sierpniu ubiegłego roku z augustowskiego rynku. Biegł przez Polskę,
potem zachód Europy (Niemcy, Francję, Hiszpanię), USA, Rosję i
Kazachstan. Na trasie maratończyka znalazły się miasta dotknięte
zamachami terrorystycznymi, m.in. Madryt i Nowy Jork. W sumie miał do
pokonania około dwadzieścia tysięcy kilometrów, ok. tysiąca przepłynął
kajakiem, do USA dostał się samolotem. Bigiem pokonywał co najmniej
siedemdziesiąt kilometrów dziennie.
Nie obyło się bez problemów.
Na przykład, podczas przeprawy przez rwącą, portugalską rzekę miał
groźny wypadek. Specjalnie skonstruowany kajak na kółkach, który służył
mu za walizkę i hotel wywrócił się. Na podwodnej skale uszkodził
konstrukcję. Maratończyk ledwo uszedł z życiem. Ale nie przerwał
wyprawy. Wydostał się z wody, pozbierał co się dało uratować, wysuszył i
ruszył dalej. Po drodze kupił walizkę na kółkach, z którą dobrnął do
lotniska w Lizbonie. Kilka godzin później wylądował w Nowym Jorku. Tam
pomogła mu Polonia. Ufundowała nowy sprzęt i dzięki temu Kuryło mógł
kontynuować swój bieg.
Musiał liczyć na siebie
Najbardziej
bał się Syberii. Dobrze wiedział, że to ziemia dla twardych ludzi.
Surowy klimat i kamienna nawierzchnia dróg z pokruszonych skał, to
prawdziwe wyzwanie. Wielka próba dla Piotra Kuryły, jego nóg, butów i
wózka.
– Tam wszystko mogło się zdarzyć. Miejsca zamieszkałe
przez ludzi oddalone są od siebie o kilkaset kilometrów – mówi. – Trzeba
więc liczyć tylko na siebie.
Najbardziej bał się chłodu i dzikich zwierząt. Aby go nie zaatakowały nocował na mostach.
–
W Rosji przespałem 120 nocy – wspomina maratończyk. – I powiem wam, że
żyją tam najlepsi ludzie na świecie. Powitali mnie serdecznie, pytali,
czy jestem głodny. Zapraszali do swoich domów, oferowali pieniądze.
Do domu przywiózł pamiątkę. Futrzaną czapkę.
Podczas
swojej rocznej wyprawy, miał wiele wypadków na drodze, ale o nich nie
chce wspominać. Mówi, że najbardziej dokuczała mu samotność. I tęsknota
za rodziną.
– Parę razy pytałem żonę, czy mam wrócić – opowiada. – Kazała biec dalej. To jej zawdzięczam, że dotarłem do mety.
To ostatnia wyprawa
W
minioną sobotę na Rynku Zygmunta w Augustowie na Piotra Kuryłę czekały
władze miasta, województwa i mieszkańcy. – To nasz bohater – mówili
ludzie z dumą w głosie.
Wbiegł na rynek z uśmiechem na twarzy.
Rzucił się w objęcia matki. – Mam nadzieję, że to nie sen – mówił. – Nie
chciałbym obudzić się i zobaczyć, że muszę biec dalej.
I dodaje, że wszystko ma swój początek i koniec.
–
Człowiek jest tyle wart, co jego słowo – przypomina. – Obiecałem
rodzinie, że to moja ostatnia wyprawa. I słowa dotrzymam. Nikt mnie już
biegnącego nie zobaczy.
Na razie w trasę dookoła Polski wyruszył jego brat bliźniak.